Strona główna > Artykuły

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej

Opublikowany 6 marca 2019

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. To hasło jest mottem wielu z nas. Po ciężkim dniu w pracy, czy męczącej wycieczce, czy nawet imprezie – mam w głowie te słowa przekraczając progi własnego domu. Domem nazywamy miejsce, gdzie zazwyczaj, spędzamy dzieciństwo, gdzie dorastamy. Gdzie są nasi rodzice, nasze rodzeństwo. Jest to miejsce najcieplejsze, bezpieczne i pełne miłości – rodzinnego ciepła. Jednak w życiu każdego człowieka przychodzi taki czas, w którym musimy sami stworzyć taką bezpieczną przystań dla własnej rodziny. Miejsce, w którym będziemy mogli schronić się wraz ze współmałżonkiem oraz potomstwem. Schronić się przed szarą codziennością. Czy w dzisiejszych czasach łatwo jest to osiągnąć? Wiele razy udowadniałem w swoich tekstach, że państwo Polskie nie jest przyjazne młodym, zwykłym – szarym obywatelom. Jeśli nie jesteś synem/córką/szwagrem/zięciem jakiegoś oligarchy to jesteś niestety skazany na wielki trud, jakim jest „posiadanie swojego domu”. Zaraz… Czy zatem grozi nam bezdomność? No niestety grozi.

Średnia płaca w Polsce wynosi około 5 tysięcy złotych. Jednak jak ona jest liczona i jak przekłada się na rzeczywistość, to każdy widzi. Średnia płaca w mikroprzedsiębiorstwach wynosi około 2500 zł brutto, czyli 1800 zł na rękę. Do pierwszej pracy zazwyczaj idziemy po studiach. Więc załóżmy, że jesteś singlem w wieku 25 lat i podejmujesz pracę. Załóżmy, że masz szczęście i dostaniesz umowę o pracę na okres próbny – trzy miesiące, lecz niestety za minimalną płacę, ale z obietnicą podwyżki po przedłużeniu umowy. Po tym czasie zarobisz na rękę mniej więcej 1750 zł.

Teraz zastanówmy się, czy zarabiając taką sumę stać nas na zakup mieszkania? Nie no żartowałem, nie ma się co zastanawiać, bo odpowiedź jest oczywista. Nie stać nas. Więc trzeba podążyć drogą, jaką podążają wszyscy. Czyli musimy wziąć kredyt. Zewsząd jesteśmy namawiani na tego typu rozwiązanie. Gdzie oferują nam wspaniały kredyt na wymarzone mieszkanie. Czasem jakiś bank zaproponuje dodatkową gotówkę, na wakacje. No jest to jakieś rozwiązanie. Szkoda tylko, że owe banki używają takich miłych dla ucha sloganów wymyślanych przez specjalistów od socjotechniki. Szkoda, że nikt, ani banki, ani „nasz” rząd nie używają sformułowań o zadłużaniu się na trzy dekady, czyli trzydzieści lat. Tak, wyobraź sobie, że jedyna szansa na swój dom to zadłużenie się okres dłuższy niż od momentu narodzin do tej właśnie chwili, w której to czytasz. To jest przerażające, bo przecież tyle chwil już minęło, a to i tak nie wszystko. No dobrze więc idziesz do banku, wypełniasz wniosek o udzielenie kredytu i oddajesz go osobie, która jest tak szeroko uśmiechnięta, że jakby miała zajady na ustach, to z pewnością by popękały. Oczywiście nie zdaje sobie sprawy jak bardzo widać, że ten uśmiech jest nieszczery. Ta sama uśmiechnięta osoba jednym zdaniem zabija Twoje marzenie o własnym mieszkaniu. Mówi mniej więcej tak: „Bardzo mi przykro, ale Pańska sytuacja finansowa uniemożliwia udzielenia przez nasz bank kredytu na mieszkanie”. Jednym słowem – jesteśmy za biedni. Oczywiście, możesz być szczęściarzem, mieć założoną rodzinę, zarobki na wysokim poziomie i bank udzieli Ci kredytu, no ale czy zadłużenie na te wspomniane trzydzieści lat jest komfortowe? Sytuacja geopolityczna na świecie jest tak mocno niestabilna, że za chwilę możesz dołączyć do grona bankrutów, razem z „Frankowiczami”.

Czy jest zatem jakaś alternatywa? Ano jest. Mieszkanie zawsze możesz wynająć. Czy jest to jednak najlepsza opcja? I czy w ogóle dobra opcja? Na plus oczywiście jest to, że nie musisz na starcie wyłożyć ogromnych pieniędzy jak w przypadku kupna mieszkania. Mieszkań na rynku najmu jest bardzo dużo. Jednak tutaj pojawia się ogromny problem. Miesięczna opłata za wynajem mieszkania potrafi nawet być trzykrotnością opłat w mieszkaniu własnościowym. Dodatkowym minusem jest świadomość, że to tylko stan przejściowy, że pieniądze, które się zapłaciło komuś za odstąpienie mieszkania, można było przeznaczyć na spłatę rat za jego kupno. Ceny najmu są tak wysokie, że przy zarobkach, jakie wyżej założyliśmy, najem mieszkania jest prawie niemożliwy. Najgorzej pod tym względem jest w dużych miastach. Znajdujemy się zatem w sytuacji między młotem a kowadłem. Dla przykładu. Ceny najmu mieszkania dwupokojowego w Warszawie plasują się między 1600 zł do nawet 5500 zł. Więc za minimalną krajową jest to niemożliwe. Będąc członkiem dwuosobowej rodziny, gdzie oboje małżonków zarabia po 2000 zł, jest już o to łatwiej, jednak jak każdy wie, sytuacja, w której trzeba liczyć każdy grosz, jest mało komfortowa i prowadzi do zachowań nazywanych przez bananową młodzież „cebulackimi”. Zachowanie owe można nazwać po prostu skrajną i radykalną oszczędnością. Często uwłaczającą godności danej osoby.

Podsumujmy. Rynek mieszkaniowy w Polsce rozwija się prężnie, jednak kosztem nas wszystkich. Kosztem naszej przyszłości, naszej sytuacji kredytowej, naszemu komfortowi psychicznemu. Robi z nas w pewien sposób niewolników, którzy przez praktycznie resztę życia będą spłacać kredyt, tylko dlatego, żeby zaspokoić jedną z ważniejszych potrzeb, jak może i najważniejszą, mieć gdzie mieszkać. Potrzebę stworzenia domu dla swoich dzieci. Domu, jaki nasi rodzice stworzyli nam. Oni mieli łatwiej, nas wyniszcza demoliberalny system, który obecna elita tak zaciekle broni i wychwala. Bo tylko świni w chlewie jest dobrze.

Karol Ozga,

Praca Polska Radom

grafika / domena publiczna / Pixabay