Strona główna > Artykuły

Czerwona kartka w kalendarzu

Opublikowany 1 maja 2019

Święto Pracy jest bodaj najlepszą okazją do refleksji nad losem zwykłego Polaka, która w ciągu roku może się nam przytrafić. Ta czerwona kartka w kalendarzu, jako ustawowo wolna od pracy, stwarza okazję do rzeczowego wyrażenia bólu słyszanego od poniedziałku do piątku, a z reguły także na nadgodzinach. To dzień majówki, będący dzisiaj, dla nieuświadomionych mas, jedynie częścią tygodniowego odpoczynku, jaki układa się w zbieżności dat z 3 maja. Dla naprawdę niewielu 1 maja jest rzeczywiście wspomnieniem walk robotniczych naszych przodków o wyzwolenie narodowe i społeczne, a dla jeszcze mniejszej garstki momentem mobilizacji, podniesienia sztandarów sprawiedliwości społecznej jeszcze wyżej do walki w przyszłości. Jak więc rozumieć ten dzień i co z niego wywnioskować?

Pisząc o pierwszym maja, będąc przy tym aktywnym wśród ludzi działaczem politycznym, a dzięki temu znając poziom obecnej świadomości klasowo-narodowej Polaków, muszę zacząć od samego początku.

Dzień ludzi pracy wzbudza wiele niezdrowych emocji wśród ludzi mieniących się jako patrioci, nacjonaliści, a z drugiej strony jest wykorzystywany przez pogrobowców marksizmu do paradowania z flagami komunistycznymi. Być może jest to dla kogoś kontrowersyjna teza, ale są to w gruncie rzeczy dwie strony tego samego medalu, który wisi na Święcie Pracy jak kamień u jego szyi. Dlaczego?

Z jednej strony widzimy ludzi, którzy ubierając się w szaty „prawicowe”, plują na tradycje robotnicze, takie jak właśnie 1 maja. Ludzi w zdecydowanej większości wywodzących się w prostej linii od chłopów, którzy w dobie PRL-owskiej industrializacji oraz urbanizacji przesiedlili się do miast, zaczynając pracę jako robotnicy w fabrykach. Po 1989 roku i katastrofalnych w skutkach reformach neoliberała Leszka Balcerowicza ich rodzice i dziadkowie stracili dotychczasowe źródło utrzymania, ich świat się zawalił, a miliony z nich do dzisiaj borykają się z problemem wykluczenia społecznego, inni popadli w nałogi lub zasili szeregi milionowej emigracji z Polski ze względu na brak perspektyw. Ich dzieci natomiast, kiedy spyta się je o ich stosunek do ludzi pracy, bardzo często mentalnie spluną w twarz swoim przodkom, ordynarnie bredząc o „komunistycznym 1 maja” czy też o „socjalistycznych, roszczeniowych związkach”…

Czy mają oni w ogóle świadomość swojego pochodzenia społecznego? Część zapewne tak, ale przez zanik pojęcia klasowości, przez upadek PRL oraz dominacje liberalizmu w debacie publicznej w III RP, większość z nich nie posiada aparatu pojęciowego, żeby rozumieć niuanse podziału społeczeństwa na różne grupy czy warstwy z ich cechami wyróżniającymi. Nikt z rządzącej klasy politycznej, wśród której panuje swoisty wolnorynkowy konsensus, nie będzie się kwapił, żeby w programie nauczania poświęcić odpowiednio dużo czasu na uświadomienie narodu, jak prawidłowo zdefiniować swoje położenie społeczne, a co za tym idzie jak skutecznie walczyć o interesy swojej klasy.

Taka wiedza jest bardzo niebezpieczna dla władzy wiecznego kapitału, który woli trzymać swoich pracowników w ciemnocie, mamiąc ich utopijną wizją mówiącą, że „jeśli będziesz harował od świtu do zmierzchu, to dorobisz się bogactwa”.

Jednakże trudne warunki materialne powinny być w mojej ocenie wręcz dodatkowym impulsem myślenia dla osób przecież często dużo mówiących o interesie narodowym, aby zrozumieć, że interes pracowniczy, którego sztandarem jest 1 maja, to nie mityczna „komuna”, która realnie ideowo wygasła w kraju w 1989, a w głowach elit partyjnych PZPR jeszcze wcześniej, tylko jest interesem zdecydowanej większości pracujących Polaków. Zrozumienie tego faktu jest mentalnym Rubikonem dojrzałości politycznej, bez którego przekroczenia polscy nacjonaliści i patrioci nigdy nie będą w stanie stać na czele unarodowionych mas, a jedynie będą gardłować i wegetować w oparciu o garstkę pasjonatów reakcyjnych ideologii wyjętych z zakurzonych książek. Czy są w stanie to przyjąć do wiadomości? Trudno jest stwierdzić. Jest to na pewno jeden z wielu obszarów wymagających od zaraz, także naszej, wzmożonej i efektywnej pracy.

Drugą wspomnianą stroną tego medalu, który niczym kula u nogi dręczy te ważne święto, jest polska lewica. Rodzimi lewicowcy robią sobie z 1 maja swoisty pokaz mody strychów po dziadkach i babciach. O ile rozumiem fakt, że geriatryczne kadry SLD paradują w bastionach tej partii trochę z przyzwyczajenia, z reguły przy akompaniamencie przaśnej orkiestry i bez większych oznak życia, to próby organizowania się radykalnej lewicy w naszym kraju wokół tej daty, przy wykorzystywaniu sierpów i młotów, można określić jako przejaw tyleż groteski, co oderwania tych ludzi od rzeczywistości.

W sobie tylko zrozumiałym amoku fanatyzmu ideologicznego idą obok siebie trockiści, staliniści, anarchokomuniści i innego rodzaju fantaści polityczni, którzy gdy zabiorą głos, jeden przez drugiego anihilują swój wzajemny przekaz. Jedni „historyczni” chcą 1 maja wybielać zbrodnie komunizmu, przywracając flagę z sierpem i młotem, a drudzy bardziej „postępowi” chcą nam wyperswadować, że nie liczy się interes tych paskudnych, konserwatywnych robociarzy, bo w zasadzie powinniśmy skupić się na mniejszościach, szczególnie seksualnych. W ich bełkocie usłyszymy, że bez małżeństw i adopcji dzieci dla homoseksualistów (na początek!) polski robotnik nie będzie w stanie zbuntować się przeciwko wyzyskowi i zbudować siły politycznej, która wyartykułuje należycie jego interesy. Ciężko brać takie ruchy na poważnie, ale niemniej odnosząc się do sprawy robotniczej 1 maja, nie można pominąć tego aspektu.

Jak więc rozumieć ten dzień? Skoro błędem jest jego potępianie, jak czyni spora część „prawej strony”, a także szkodliwe dla sprawy są jej wypaczenia, które serwuje liberalna i dogmatyczna „lewa strona” – to jak więc uczcić pierwszy dzień maja?

Bez wątpienia nie można oddzielić święta ludzi pracy od jego socjalistycznego rodowodu. Wszak to II Międzynarodówka Socjalistyczna w 1889 roku ustanowiła ten dzień świętem ze względu na wydarzenia podczas strajku w Chicago w 1886, będącego częścią walki o 8-godzinny dzień pracy.

Jednakże dzisiaj 1 maja, ze względu na wyjątkową zdolność idei narodowej do wchłaniania różnych elementów ideowych oraz społecznych, jest jak najbardziej pożądaną częścią przekazu politycznego, który powinniśmy formułować względem aktualnej rzeczywistości. Tę czerwoną kartkę w kalendarzu powinniśmy szczególnie obchodzić, zdając sobie sprawę z peryferyjnego położenia Polek i Polaków w światowym systemie dostaw i produkcji, a co za tym idzie – rolę montowni Zachodu i rolę tranzytową dla Wschodu. Naród, który jest w takim położeniu, powinien gremialnie przyswoić sobie ten dzień jako Narodowe Święto Pracy, będące wyrazem jego dążeń do emancypacji gospodarczej i uzyskania przez to niezależności w polityce międzynarodowej. Jest to także świetna okazja do wykorzystania w celu aktualizacji programu ruchów społecznych zabiegających o sprawiedliwość społeczną i narodową.

Data ta pozwala nam oddzielić ziarno od plewy – ludzi zanurzonych w historycyzmie ideowym oraz lekceważących potrzeby materialne pracowników od ruchów, które poważnie traktują swoich rodaków i wychodzą im naprzeciw z gotowymi receptami oraz zapałem, bez którego nie można było wywalczyć w kalendarzu dnia przeznaczonego dla człowieka pracy.

Krystian Jachacy,

Praca Polska Warszawa