Strona główna > Artykuły

krótka pamięć, długie języki

Opublikowany 23 sierpnia 2020

Wydarzenia, które rozgrywają się po drugiej stronie Bugu i Białowieży, nie pozwalają zachować milczenia nikomu, kto poważnie myśli o swojej przyszłości w naszej części Europy. Na naszych oczach rozgrywa się kolejny akt walki, której przygrywa hałas kolorowej rewolucji w następnym państwie. Tym razem padło na Białoruś, która przez ostatnie prawie 3 dekady, dzięki skutecznej polityce międzynarodowej swojego przywódcy, balansowała między potęgami i pozostawała poza zasięgiem międzynarodowych inżynierów społecznych. Tylko jak to się potoczy tym razem?

Cały ten problem można by sparafrazować jedną z wielu ekscentrycznych wypowiedzi samego A. Łukaszenki: ciągnik jest dobry na wszystko! Tak, to właśnie postawienie na przemysł i zakłady produkcyjne pozwoliło prezydentowi Białorusi funkcjonować, raz lepiej, raz gorzej, ale z poparciem sporej części społeczeństwa do dziś. To, co odbyło się w Polsce po 1989 roku w związku z prywatyzacją i niszczeniem dorobku Polski Ludowej, a co za tym idzie ze śmiercią dotychczasowych struktur społecznych, na Białorusi nie miało miejsca. Co więcej, za sprawą A. Łukaszenki tego typu neoliberalne reformy, po kilku lat ich wdrażania, zostały spacyfikowane i nie zaszły do dnia dzisiejszego. Choć Białoruś nie jest państwem powszechnego bogactwa, to biorąc pod uwagę takie czynniki jak:

  1. Załamanie się łańcucha dostaw i produkcji przez upadek ZSRR (brak rynków zbytu dla towarów)
  2. Nikłe złoża naturalne (uzależnienie od importu surowców energetycznych)
  3. Brak dostępu do morza (utrudnienie w handlu)
  4. Mała liczba ludności (bariera siły gospodarczej i popytu)

operując w świecie faktów i liczb, trudno jest bujać w obłokach, że Mińsk będzie regionalną potęgą, która będzie wolna od wpływów mocarstw rozgrywających w regionie. Tylko czy takie oderwanie od rzeczywistości jest wykluczone?

W żadnym razie! Wytworzenie wśród ludności określonego kraju, poprzez socjotechnikę i globalną popkulturę, poczucia kompleksów i nierealistycznych oczekiwań jest zupełnie możliwe i stosowane. Wystarczy przytoczyć casus „Solidarności” w Polsce, której wielu zwolenników autentycznie i bez poczucia wstydu, często do dzisiejszego dnia potrafi pomstować na okres PRL… za ograniczony dostęp do zachodnich dóbr konsumpcyjnych jak coca-cola i jeansy, które dla wielu stanowią kwestię ważniejszą od taniego mieszkania, stabilnej pracy i niezależności.

To jest dość wstydliwy, ale naturalny aspekt współczesnych społeczeństw. Kiedy w ich świadomości zacznie funkcjonować liberalizm, to często wybierają pusty i długoterminowo kosztowny konsumpcjonizm ponad zaspokojenie zasadniczych potrzeb bytowych.

Nie inaczej dzieje się właśnie na Białorusi, która patrząc z perspektywy narodowej i społecznej, jest państwem, które realizuje wiele narodowo-społecznych postulatów, jak jednolite etnicznie społeczeństwo (pomimo pustych haseł władzy o charakterze „internacjonalnym” Białoruś nie ma pozaeuropejskich imigrantów), spory udział realnego, państwowego przemysłu w gospodarce, a także niezależne kreowanie polityki ekonomicznej i zagranicznej. Powyższe cechy, choć dość gęsto podlewane postradziecką estetyką, pokazują kluczowy fakt, który należy podkreślić.

Otóż nie jest najważniejszą sprawą w życiu politycznym, aby samemu rządzić za wszelką cenę, żeby usilnie próbować tego dokonać pod pełną symboliką ideologiczną. Dla społeczeństwa liczy się skuteczność i efekty, a te w wielu przypadkach można zrealizować pośrednio, a nawet rękami pozornych „wrogów”, którzy 30 lat po swoim faktycznym upadku w Europie wschodniej, wciąż rozbudzają wielkie emocje wśród polskiej prawicy, a często w praktyce są bardziej narodowi niż ona sama. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę tę obecną w Polsce, która funkcjonuje w wydaniu neoliberalnym.

Jeśli ktoś naprawdę myśli, że ta wdrażana za naszą wschodnią granicą rewolucja skończy się poprawieniem bytu Białorusinów i ma to w ogóle w swoich założeniach, to można mu już tylko współczuć. Polacy sami doświadczyli praktycznie takich samych metod wprowadzania zmian w konkurencyjnym, niewygodnym państwie, którym bez wątpienia była Polska Ludowa dla Zachodu. Te metody zachęcania wizją wzmożonej konsumpcji pożądanych dóbr, awansu społecznego z pogardzanego „robola” na „małego, ale przedsiębiorcę”, „demokratyzacji” i „uznania wśród społeczności międzynarodowej”, to przynęta, która wisi nad naszym obszarem od 1945 roku. Koszty takie jak zrzeczenie się kontroli nad gospodarką, likwidacja jej kluczowych ognisk siły i kolonizacja polityczno-kulturowa przez siły liberalne, wydają się dla rozgoryczonych pogorszeniem poziomu życia mgliste i niegroźne. I tu się mylą, przebijając głową mur, za którym wyrośnie nowy, pomalowany na kolorowo, ale za to jeszcze wyższy.

Głównym fruktem, o jaki idzie w walce o Białoruś, jest oczywiście wspomniany wcześniej silny przemysł, który w dochodowych branżach jak produkcja nawozów, maszyn czy pojazdów potrafi konkurować nawet z Amerykanami i Rosjanami. Udział tych ostatnich w sprawie jest również interesowny i zapewne Rosjanie, choć wśród liderów białoruskiej opozycji, bezrefleksyjnie fetowanej nad Wisłą, mają wielu jawnych sympatyków, to w najgorszym razie podzielą się wpływami z Zachodem w białoruskiej gospodarce. Nie ma co się łudzić, że Moskwa będzie do końca bronić „Baćkę”, który od wielu lat dość skutecznie stawia jej opór ws. pogłębienia integracji obu państw na korzyść Rosji.

Kolejny teatr globalnej walki jest już za naszymi plecami. Jeśli pomimo dużej mobilizacji zwolenników rządów A. Łukaszenki, ten przegrałby batalię o swój kraj, Polska zostanie już zupełnie okrążona przez państwa w pełni uzależnione od Zachodu. Za to polscy pracownicy zostaną jeszcze mocniej złapani za twarz przez nasz rodzimy kapitał, który już zaciera ręce na kolejne setki tysięcy imigrantów z kolejnego zrujnowanego „reformami” państwa.

Nie trzeba podziwiać białoruskiego „Baćki”, żeby zdawać sobie sprawę z konieczności obrony obecnego status quo na Białorusi i rozwijania naszych interesów ekonomicznych na jej bazie. Nie można gustować w obcych flagach i stawać się janczarem demoliberalizmu w imię absurdalnego hasła „za wolność naszą i waszą” lub naiwnego „Europy braterskich narodów”. Należy za to wziąć do ręki kalkulator, przeliczyć zyski i straty, a przede wszystkim rozejrzeć się dookoła i zapytać: czy chcemy zarażać Białorusinów tymi samymi chorobami, które już toczą Polskę?

Krystian Jachacy