Strona główna > Artykuły

Polexit – korzystny dla pracowników?

Opublikowany 26 listopada 2020

Temat charakteru, a nawet samej obecności Polski w strukturach Unii Europejskiej, coraz częściej przewija się w wypowiedziach polityków i komentatorów. Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ dynamicznie zachodzące zmiany globalne dotykają w dużym stopniu UE, z której bezprecedensowo wystąpiła Wielka Brytania, a sam projekt „zjednoczonej Europy” również z powodu innych czynników, znalazł się na swoim rozdrożu. Ten kluczowy wybór przyszłości UE pomiędzy rozluźnieniem związków zrzeszonych w niej państw narodowych, a forsowaną przez unijne elity coraz większą konsolidacją, determinuje także polskie stanowisko względem relacji z Brukselą.

O ile argumentacja za opuszczeniem przez Polskę struktur unijnych, podparta kwestiami dot. niezależności politycznej, jest w gruncie rzeczy powszechnie znana (dyktat Komisji Europejskiej, narzucanie ideologii LGBT, dominacja Niemiec itd.), o tyle warto się pochylić nad problemem perspektywy pracowniczej. Czy obecność Polski w UE jest korzyścią dla opcji większościowej naszego narodu, a więc klasy ludowej?

Po 2004 roku mamy nad Wisłą do czynienia z nową rzeczywistością. Od samego początku, a nawet jeszcze długo przed wstąpieniem do UE, to właśnie polski pracownik odczuł koszty, jakie trzeba było zapłacić zachodnim gospodarkom za przyjęcie do ich grona. W wyniku traktatów przedakcesyjnych weszliśmy do wspólnoty unijnej w aspekcie gospodarczym praktycznie na kolanach.

Profesor Andrzej Karpiński wskazuje w swoich badaniach, że około 25-30% likwidacji zakładów przemysłowych po 1989 roku można uznać za obiektywnie uzasadnione, a spośród pozostałych 70-75% aż 1/3 to efekt spekulacji gruntami, a jedną czwartą stanowiły wrogie przejęcia (1). W wyniku balcerowiczowskiej „restrukturyzacji” i późniejszych staraniach o akces do UE pozbyliśmy się najbardziej perspektywicznych, a co za tym idzie groźnych dla Zachodu branż jak przemysł elektroniczny, informatyczny, zbrojeniowy i chemiczny.

Dostosowując się do norm ekologicznych UE, wprowadzając zakaz wsparcia publicznego, wstrzymując kredytowanie przez banki oraz dopłat do promocji eksportu, doprowadziliśmy do agonii resztek branż elektromaszynowej, stoczniowej, hutniczej, cementowej, cukrowniczej.

Także, kiedy spojrzymy na aspekt migracyjny widać, że polski pracownik wcale nie poprawił swoich perspektyw po nastaniu unijnej rzeczywistości. Oczywiście można traktować emigrację zarobkową do bogatszych państw zachodnich za życiowy sukces, ale nikt kto ma, choć odrobinę godności i przywiązania do rodzinnych stron nie przyzna racji takim opiniom. Rozbicie więzów rodzinnych, zaburzenie struktury demograficznej i narastanie antagonizmów pomiędzy narodami europejskimi z powodu zabierania im pracy w ich krajach – to tylko główne szkody, jakie wyrządziło otwarcie granic dla emigracji zarobkowej.

Warto przy tym zauważyć zupełnie niedostrzegany fakt, że gdyby kilka milionów Polek i Polaków nie wyjechało przez ostatnie 15 lat na Zachód, to najpewniej doszłoby w Polsce do znaczących zmian społeczno-politycznych. Nie jest możliwe, żeby tak liczna masa krytyczna, która nie miałaby większych perspektyw na godne życie w dotychczasowym systemie, nie wytworzyłaby ruchu społecznego, który zmieniłby oblicze Polski na bardziej prospołeczne. Nie trudno wyobrazić sobie np. o ile liczniejszy byłby elektorat, przecież licznie popieranej przed 2010 rokiem, Samoobrony Andrzeja Leppera lub jakiejś zupełnie nowej formacji tego typu (2).

Z punktu widzenia pracowniczego ważnym aspektem członkostwa w UE jest prawo unijne, a przede wszystkim jego odmienne stosowanie względem państw Zachodu a krajów jak Polska. Głośna sprawa wsparcia rządowego dla upadającego przemysłu stoczniowego, a w szczególności Stoczni Szczecińskiej Nowej, pokazuje podwójne standardy, na których tracą przede wszystkim polscy pracujący.

Kiedy rząd niemiecki lub francuski wspiera swoje kluczowe przedsiębiorstwa prywatne, to jest to normalna praktyka wpływania na gospodarkę w imie interesu publicznego. Natomiast kiedy rząd polski próbował ratować resztki swojego przemysłu, wygaszanego również z przedakcesyjnych ustaleń z UE, to jest to oczywiście niezgodne z zasadami wspólnego rynku. Zgodnie z art. 88 ust. 3 Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską, państwo UE ma obowiązek najpierw zgłosić chęć pomocy publicznej do KE, a dopiero po jej decyzji udzielić (lub nie) takiego wsparcia.

W środowiskach pracowniczych często pojawia się też obawa, że gdybyśmy dokonali tzw. Polexitu, to polski biznes straci wszelkie hamulce i zacznie jeszcze mocniej eksploatować polskich pracowników. Jest to wyjątkowy nietrafiony argument, ponieważ patrząc na realne dane unijnego Eurostatu widzimy, że koszty pracy (czyli wynagrodzenia i opodatkowanie pracy) w Polsce, podczas obecności w UE, podniosły się od 2008 roku raptem z 7.6 do 10.7€. Dla porównania na wstępującej z nami w 2004 Słowacji było to skok z 7 do 12.5€, a w Niemczech z 27.9 do aż 35.6€ (3).

Podobnie rzecz się ma z walką na forum UE zachodniego kapitału z polskim, który stosował dumping cenowy w zakresie pracowników delegowanych. Walka instytucji unijnych, ewidentnie reprezentujących w tym przypadku interesy Zachodu, choć była słuszna z punktu widzenia polskiego pracownika (dostosowanie jego płacy przy delegowaniu do płacy kraju przyjmującego), to nie wynikała z wielkiej troski UE o polskich pracujących, ale o ochronę rynków państw zachodnich.

Myślenie środowisk pracowniczych w kategoriach internacjonalistycznych rozmywa obraz wspólnoty unijnej jako faktycznego pola ścierania się żywotnych interesów państw narodowych, a nie jednolitego organizmu państwowego na wzór USA. Akurat przypadek polskiej emigracji na Zachód jasno pokazuje, że klasa pracująca tamtych państw nie będzie się solidaryzować z naszymi rodakami, którzy niestety, jako to emigranci, pełnią tam często rolę łamistrajków i niszczą rynek pracy zaniżaniem stawek oraz podnoszeniem normy pracy na niekorzyść lokalnych pracowników.

Argument o lepszym traktowaniu zatrudnionych przez zachodnie korporacje także posiada ukryte koszty, które w wielu przypadkach przerastają korzyści. Zachodni kapitał częściowo przenosi poziom ucywilizowania relacji pracownik-firma, aby zachęcić ambitnych Polaków do pracy na jego rzecz. Tyle, że jednocześnie bardzo często unika podatków, z których wpływy poszłyby na rozwój infrastruktury publicznej i społecznej w Polsce, a także transferuje wartość dodaną swojego działania do krajów macierzystych lub rajów podatkowych.

Te kilkaset złotych więcej i stabilna umowa są pozytywem, ale miliardy, które na tym tracimy, a które nie zostaną przez to wydane na lepsze drogi, sprawniejsze urzędy czy też gospodarcze inwestycje rządu prędzej, czy później spowodują większe koszty dla klasy pracującej. Państwo polskie ma narzędzia do wywierania np. prawnej presji na polskie firmy, żeby dorównały jakością zatrudnienia zachodnim odpowiednikom i wcale nie wymaga to cichego poparcia dla umiędzynarodowienia naszej gospodarki.

Podsumowując temat Polexitu, jako korzystnego dla polskich pracowników, warto podkreślić, że nie jest on póki co możliwy z powodu wysokiego poparcia dla obecności w UE. Jest to konsekwencja potężnej propagandy, jaką wtłacza się w polskie społeczeństwo, a także poziom uzależnienia wielu samorządów i osób od środków unijnych, które otrzymujemy m.in. za „dostosowanie” naszej gospodarki do żądań UE przed wstąpieniem oraz za pełne otwarcie naszego rynku dla zachodnich korporacji.

Warto jednak zauważyć, że gdy zapyta się Polaków w konkretnej sprawie, jak przyjmowanie tzw. uchodźców z krajów muzułmańskich, to w badaniu IBRiS w czerwcu 2017 roku aż 51,2% pytanych wyraziło chęć opuszczenia UE w celu uniknięcia tego procesu.

Promowanie idei Polexitu jest samo w sobie zjawiskiem korzystnym dla poprawy naszych warunków obecności w UE. Oczywistym jest, że pokazanie partnerowi negocjacji naszej gotowości do radykalnych rozwiązań zmusza go do ustąpienia z wielu niekorzystnych dla nas rozwiązań. Polski świat pracy wcale nie zyskał na akcesie w 2004 roku, a w wielu obszarach stracił swoją szansę na znalezienie niszy produkcyjnej i handlowej na styku Europy i Azji – będąc pośrednim ogniwem pomiędzy drogą i wysoko rozwiniętą produkcją zachodnią a tanią i najczęściej gorszą jakościowo produkcją azjatycką, głównie chińską. Mogliśmy i wciąż możemy produkować taniej niż Zachód, a lepiej niż Azja i w tym złotym środku drzemie wielki potencjał dla gospodarki Polski. Polexit to nie jest „wyjście z Europy”, bo Unia Europejska nie jest tożsama z całym kontynentem, ale szansa na nowe otwarcie bardziej partnerskich relacji np. ze wschodzącymi potęgami na Dalekim Wschodzie i ponowne ułożenie bilateralnych stosunków z Niemcami i Francją.

 

Krystian Jachacy

 

(1) Od uprzemysłowienia w PRL do deindustrializacji (praca zbiorowa, 2015)

(2) Informacja o rozmiarach i kierunkach czasowej emigracji z Polski w latach 2004-2018 (GUS, 2019)

(3) Labour cost levels by NACE Rev. 2 activity (Eurostat, 2008-2019)